Nasza placówka

Prowadzimy projekty

Narodziny córki DOULI - CECYLII


W piątek 13 stycznia spędziliśmy dzień bardzo aktywnie. Wybraliśmy się między innymi z dzieciakami na niedawno otwarty basen. Popołudniu zdecydowałam się wypić miksturę zaleconą przez naszą Położną, która miała pobudzić szyjkę i rozpocząć poród. Z uwagi na jej niepowtarzalny smak przez 2 godziny walczyłam by nie opuściła mojego żołądka górą ;). Udało się. Do wieczora jednak oczekiwanych przeze mnie efektów nie było. Nawet bardzo mnie to nie zmartwiło, bo byłam dość senna. Wzięłam szybką kąpiel i spokojnie poszłam spać koło 22. Po jakimś czasie zwyczajowo obudziłam się i podreptałam do toalety. Wracając, zerknęłam na zegar - punkt dwunasta. W momencie kiedy kładłam się z powrotem do łóżka, poczułam pierwszy lekki skurcz. Zignorowałam go. Otuliłam się kołdrą z zamiarem szybkiego zaśnięcia. Okazało się, że nic z tego. Zaraz po pierwszym przyszedł następny skurcz i następny, i kolejne. Powoli nasilały się, ale nie były zbyt uciążliwe.

W pewnym momencie poczułam coś jakby przesunięcie w dole brzucha. Bolesność następnego skurczu była o wiele większa. Na jego zakończenie poczułam lekką wilgotność. Obudziłam męża. Było około 0.45, może 0.50 i poprosiłam by podał mi ręcznik. Okazało się, że "ta wilgoć" to spora ilość śluzu podbarwionego krwią. Po kolejnym skurczu zdecydowałam, że wstaję. Skurcze momentalnie się wzmocniły i po każdym pojawiał się nowy śluz. Organizm postanowił się też solidnie pooczyszczać. O 1.05 zdecydowałam, że dzwonię do Położnej. Między skurczami zdążyłam wybrać numer, usłyszeć jej głos i oddać telefon mężowi, który kontynuował rozmowę. Ja nie byłam już w stanie. Położna od razu zaczęła się do nas wybierać. Miała być za pół godziny. Kontrolowałam kontem oka kiedy minie ten czas, bo bardzo chciałam Ją zobaczyć w naszym domu. W między czasie mąż wezwał moją siostrę, która miała pomóc przy dzieciach gdyby się obudziły. Była u nas po około 20 minutach. Kiedy po kolejnych 5 czy 10 weszła Położna moje skurcze zaczęły uzyskiwać dość potężną siłę, ale cały czas były "do przejścia". Następowały co około 2 minuty i trwały minutę. Widząc spokojną i uśmiechniętą twarz naszej Położnej, zupełnie przestałam kontrolować upływ czasu i całą sytuację. Odpłynęłam w skurcze ;) i nie pamiętam dokładnie co, jak, kiedy się działo wokół mnie. Najlepiej było mi kiedy opierałam się i ściskałam w pasie męża lub Położną (gdy mąż coś organizował). W międzyczasie przyjechała druga Położna. Pewnie około 2.20 czy 2.30.

Położna postanowiła mnie zbadać. Na leżąco się nie dało, bo "uciekłam" gdy zaczynał się skurcz ;). Na stojąco wyszło 5-6 cm. Bardzo się ucieszyłam. Położna zaproponowała kąpiel. Uznałam, że to zachęcający pomysł. Kiedy dotarłam do łazienki a mąż odkręcił wodę (nie zdążył zatkać odpływu wanny ;)), poczułam wyraźne popieranie w czasie skurczu. Według relacji mężą w tym momencie nieźle krzyknęłam, co przywołało jedną z Położnych do łazienki. Ja w "jakiś" sposób znalazłam się na kolanach przed wanną z policzkiem opartym o jej brzeg. Położne stwierdziły, że to już i gdzie chcę rodzić. Odpowiedziałam, że jest mi obojętnie - może być tutaj. Chyba nie byłam przekonująca, bo skonsultowały się z moim mężem ;). Stwierdził, że na pewno nie w łazience. Całą ciążę twierdziłam, że nie chcę urodzić w naszej łazience, bo najmniej lubię to pomieszczenie w naszym domu ;). Marzyło mi się urodzić przy blasku choinki. Broniłam jej zresztą jak lew przez kilka wcześniejszych dni. Rodzinę bardzo denerwowała, bo bardzo się "sypała" i czekali na czekoladowe bombki.

Na nieustającym skurczu zostałam więc przetransportowana do salonu w okolice choinki :. Położna zaproponowała stołeczek porodowy, który okazał się bardzo wygodny. Mogłam rozluźnić nogi, a potem całe ciało. Niesamowite uczucie. Wcześniej cały czas stałam lub chodziłam. Parte w moim odczuciu nie były bardzo silne. Silnie za to odczuwałam przesuwającą się główkę Maleństwa. Popierałam w swoim tempie. Dopiero na koniec Położna poprosiła bym rozluźniła się jak umiem najbardziej i tylko oddychała. Udało się - poczułam całkowite rozluźnienie. Niepowtarzalne uczucie. Główka wychodziła a ja ją trzymałam. Po chwili główka się urodziła, a zaraz za nią całe ciałko. Córka! Cecylia! : Od razu Położna podała mi ją na ręce. Płakałam ze szczęścia z Maleńką na piersi przytulana przez kochanego męża.

Mimo mojej paskudnej blizny po poprzednich porodach, jedynym obrażeniem było małe pęknięcie. Doszło do niego głównie dlatego, że Cecylia rodziła się z rączką przy buzi.

Po chwili byłam już z Cecylią na kanapie gdzie mogliśmy cieszyć się sobą i podziwiać Dziecinę. Zapanowała atmosfera przyjęcia :. Było mi naprawdę wspaniale i czułam się bardzo, bardzo zaopiekowana. Przed przecięciem pępowiny zdążyła dojechać młoda Położna - praktykantka. Czekanie na łożysko, opatrywanie krocza, badanie Malutkiej odbywało się w wielkim spokoju. Moja siostra parzyła herbatę, mąż trochę się krzątał. Wszyscy dzielili się wrażeniami.

Rano okazało się, że Starsza Córka obudziła się gdy Siostra przyszła na świat, ale postanowiła , że zobaczy ją w dzień i zasnęła ponownie. Zupełnie się nie przestraszyła ani nie denerwowało. Ot - uznała - w końcu Dzidziuś się urodził ;). Razem z Bratem oglądali Cecylię już w dzień w naszym łóżku.

Do końca życia będę wdzięczna tym Położnym, a w szczególności tej która opiekowała się nami jako "nasza" położna. To w jaki sposób przeżyliśmy ten poród i spokój jaki został nam dany potem - na pierwsze dni z Cecylią - są bezcenne i niepowtarzalne. Mimo, iż mój poprzedni poród, który odbył się w szpitalu był naturalny, bez niepotrzebnych interwencji i szybki jest nieporównywalny z tym domowym. Nie zdawałam sobie sprawy, że cud narodzin może mieć miejsce w atmosferze takiego spokoju, miłości i po prostu normalności. Urodziło się dziecko - z jednej strony coś wspaniałego, nie do opisania słowami, z drugiej strony normalne ludzkie doświadczenie pozbawione lęku i nerwów.

 

DOULA Marianna Szymarek